Choć dysleksja mnie gnębi od maleńkości a na karku już pojawiła się 30tka postanowiłam pisać bloga.

Inspiracja? cóż tu dużo ukrywać, film. Jaki? Julie&Julia. Rewelacyjny, pełen pasji oczywiście do gotowania.

Czy mój blog będzie kulinarnym? Hmmm... Chce się z Wami podzielić moimi doświadczeniami kuchennymi dnia codziennego a także przepisami jakie powstają w mojej głowie, tymi autorskimi oraz inspirowanymi innymi przepisami, okraszonymi zdjęciami lepszej lub gorszej jakości jako, że fotografikiem to ja raczej nie jestem.
A kim jestem o tym przekonacie się czytając mojego bloga :)


piątek, 31 grudnia 2010

Czekoladki i dwie rzeczy, których nie rozumiem

Z czekolady i bakalii zrobiłam czekoladki. Wreszcie wykorzystałam malutkie papilotki. Mam ucztę dla swego podniebienia. Muszą tylko zastygnąć... nie mogę się doczekać. Właśnie z tymi czekoladkami wiąże się pierwsza z rzeczy, których od lat nie mogę zrozumieć. Niezależnie co byłoby w gorzkiej czekoladzie będzie mi smakowało. Uwielbiam!!! ale tylko gorzką. Mleczną owszem zjem ale nie każdą, podobnie mam z białą. Nie jadłam jeszcze złej gorzkiej czy deserowej... niepojęte... a może to uzależnienie???

CZEKOLADKI BARDZO BAKALIOWE

100 g gorzkiej czekolady (najlepiej 70%)
po szczypcie kardamonu i mielonych goździków
20 g suszonej żurawiny
50 g suszonych śliwek
20 g orzechów włoskich

Czekoladę roztapiamy w kąpieli wodnej. Bakalie grubo siekamy. Do rozpuszczonej czekolady dodajemy przyprawy i bakalie. Mieszamy. Nakładamy do papilotek lub małej foremki wyłożonej papierem do pieczenia. Zostawiamy do zastygnięcia. Możemy posypać kakao lub wiórkami kokosowymi.


Druga kwestia to moje zamiłowanie do pewnego filmu. Z pewną nieśmiałością się przyznaję do tego, iż "Dirty Dancing" oglądałam już chyba z tysiąc razy, dzisiaj także. Zawsze kiedy jestem sama w domu albo jak chcę sobie polepszyć nastrój, kiedy chcę pomarzyć... nie wiem co ten film ma w sobie. Świetną muzykę? owszem. Rewelacyjna choreografia? Tak! ale chyba przede wszystkim pokazuje to o czym świadomie lub podświadomie marzy każda kobieta. Miłość, przygoda, i jeszcze ten taniec, dynamika ciał, spojrzenia. I tu musi się pojawić znowu słowo uwielbiam!!! poruszające się w tańcu plecy Patricka Swayze!!! chcę tak tańczyć, chcę tak kochać, w rytm muzyki, i tak patrzeć!
A "She's like the wind" wzbudza we mnie dreszcze ZAWSZE choć już taka młoda nie jestem...

I jakoś przypomniał mi się kolejny film z Patrickiem. Pamiętacie? może macie? bardzo bym obejrzała... "Roadhouse" w polskiej wersji językowej "Wykidajło"... nie zapomnę wypowiedzianego przez Sama Elliota "Double Deuce...".

Czerwony Wiewiór i czekolada też miejscami czerwona

Zachciało mi się czekolady ale najpierw porannego farbowania futerka. Wpadła Blond Psiapsióła farbę nałożyła i może nareszcie nie będę wypłowiała :)okaże się za parę minut.
A co do czekolady... inspirowana listopadowym numerem KUCHNI postanowiłam zrobić czekoladę (bądź czekoladki, tego jeszcze nie wiem...) z suszonymi owocami. Na razie na własny użytek a kto wie może kiedyś i dla kogoś np. jako upominek?
Będzie to połączenie żurawiny, włoskich orzechów i śliwek suszonych oraz oczywiście gorzkiej czekolady. O efektach moich działań już niebawem...

czwartek, 30 grudnia 2010

Pierwszy chleb z garnka, placek drożdżowy z serem i tłumna środa

Z wtorku na środę nocowała u nas ciocia Klaudia. Swobodnie mogłam się wybrać na badania i oczywiście wyszłam z gabinetu pokłóta. Krew nie chciała mi lecieć i musiałam się wpierw porządnie napić. Po drodze zrobiłam też zakupy. Cóż było robić kiedy Wujaszek zapowiedział się do nas, prosząc o pizzę :)

Środa była tłumna. Odwiedziła nas moja Blond Psiapsióła. Mój duch doradczy u fryzjera, do którego się w końcu wybrałam. Fryzurę mam świetną, bardzo dobrze się w niej czuję szkoda tylko, że kolor taki beznadziejny. Za Chiny Ludowe nie mogę znaleźć rudego, ognistego koloru i moje futerko jest wypłowiałe i zdecydowanie za mało rude :(
Jakby atrakcji było mało wpadła też do nas moja druga Psiapsiółka z córeczką. Córcie dokazywały a my gadałyśmy popijając kawkę i zjadając placek drożdżowy z serem upieczony we wtorkowy  wieczór. Oczywiście bez rozlanej kawy się nie obyło ale atmosfera była świetna. Zaraz potem jak dziewczyny poszły do domu pojawił się Wujek Olo z M. Bardzo lubię kiedy coś komuś smakuje więc z ogromną przyjemnością wykonałam pizzę i patrzyłam jak co poniektórzy najpierw dostają ślinotoku a potem pochłaniają ze smakiem.

Na zakończenie dnia powrócił Małżon z informacją, że Blondasa i cioci nie odwiezie do babci jutro gdyż musi jechać wcześnie do pracy. Może  to zrobić dzisiaj. Tak więc o 21.30 zapakowaliśmy się do samochodu i wio przez zaspy, śniegi i zamiecie. Śnieg sypał prosto w szybę, nic prawie nie było widać a nasza gwiazda kosmosu pruła do przodu. Córcia w trasie zasnęła więc tylko ją rozebrałam i położyłam u babci na materacu.
Kiedy tak dawałam jej buziaka na dobranoc przypomniało mi się jak cudownie było nocować u mojej babci Manisi, inne zapachy, atrakcje typu łóżko polowe w pomarańczowe kwiaty... Chciałam położyć się razem z Blondaskiem i pobyć trochę dzieckiem, śpiącym, spokojnym...

Długi ten wstęp ale jako, że jestem sama w domu, tylko Stefan mi towarzyszy i to dość aktywnie,  mam czas. Jak miło to napisać... Spokojnie piję herbatkę, jem kanapki z chlebem orkiszowo-pszennym i serem, piszę ciesząc się chwilowo śpiącym kotem.  

A propos chleba, jedynym miłym gestem jaki spotkał  mnie w święta od T.Krauze było oddanie mi żeliwnej brytfanny po babci. Była zapuszczona, zatłuszczona bo przecież tatuś jak korzysta to nie czyści, ale doprowadziłam ją do stanu używalności i wczoraj upiekłam mój pierwszy chleb z garnka choć to nie garnek :) Przepis miałam znaleziony już dawno i korcił mnie orkiszem i rodzynkami ale nie chciałam go piec w zwykłej keksówce. Z małymi modyfikacjami przedstawiam Chleb orkiszowo-pszenny na zakwasie Liski oczywiście.


CHLEB ORKISZOWO-PSZENNY NA ZAKWASIE, Z RODZYNKAMI

100 g zakwasu żytniego
200 g mąki orkiszowej z pełnego przemiału (u mnie po 100 g maki pszennej pełnoziarnistej i orkiszowej pełnoziarnistej)
100 g wody

Wszystkie składniki mieszamy w misce, przykrywamy folią i odstawiamy na 12 godzin.

W tym samym czasie przygotowujemy:
50 g rodzynków
50 g gorącej wody

Rodzynki zalewamy wodą i odstawić na 12 godzin.

Na drugi dzień rodzynki razem z wodą, w której się moczyły dodajemy do zaczynu razem z następującymi składnikami:

100 g mąki orkiszowej z pełnego przemiału (u mnie pszenna pełnoziarnista)
400 g mąki pszennej (u mnie pół na pół orkiszowa typ 630 i pszenna zwykła)
200 g wody (u mnie ok.250 gdyż ciasto było za suche i nie dało się miksować)
1 łyżeczka miodu
10 g świeżych drożdży
1,5 łyżeczki soli

Wyrobiamy mikserem - ciasto będzie dosyć rzadkie (u mnie było gęste).
Garnek żeliwny wykładamy papierem do pieczenia, wlewamy ciasto, przykrywamy garnek przykrywką i odstawiamy do wyrastania na ok. godzinę.
Następnie wstawiamy garnek do zimnego piekarnika, nastawiamy temp. 230 st C i pieczemy ok. 30 minut. Po tym czasie zdejmujemy przykrywkę i dopiekamy chleb do zrumienienia (ok. 15 minut). Po upieczeniu wyjmujemy z garnka i studzimy na kuchennej kratce. Kroimy dopiero po całkowitym ostygnięciu.
Mi chleb się troszkę za bardzo zrumienił ale była to kwestia tego, że nie wiedziałam od kiedy mierzyć 30 minut pieczenia. Teraz wiem, że od włączenia piekarnika a ja piekłam od osiągnięcia 230 st. co było błędem.




Czekając aż Małżon przywiezie do nas Ciocię Klaudię we wtorkowy wieczór wypróbowałam moją nową formę ceramiczną. Choć do tarty ja upiekłam w niej placek drożdżowy z serem. Okazała się świetna. Nic nie przywarło, idealnie się zrumieniło. Ciasto wyszło pulchne, wilgotne i bardzo smakowite.

DROŻDŻOWY PLACEK Z SEREM

40 g drożdży
1 szkl. ciepłego mleka
1 łyżeczka cukru waniliowego

3 szkl. mąki pszennej
13 dag cukru
13 dag miękkiego masła lub margaryny
1 jajko + 1 żółtko
skórka otarta z 1/2 cytryny

na nadzienie:
60 g białego sera
łyżka śmietany
skórka otarta z 1/4 pomarańczy (lub zdjęta z pomarańczy i pokrojona z drobną kosteczkę)
2 garści rodzynek

Drożdże rozpuszczamy w odrobienie mleka z cukrem waniliowym i pod przykryciem odstawiamy na 10 minut by ruszyły. Po tym czasie do miski wkładamy pozostałe składniki ciasta i zagniatamy ręką. Odstawiamy na 30 minut w ciepłe miejsce. Łączymy składniki nadzienia.
Po tym czasie formę smarujemy masłem, wykładamy do niej ciasto. Na ciasto, łyżką, nakładamy ser lekko wgniatając go do środka. Odstawiamy na kolejne pół godziny by podrosło.
Piekarnik nagrzewamy do 170 st.C. Ciasto pieczemy ok. 40 minut patrząc by nie przyrumieniło się zbytnio.

 
Jeśli ktoś lubi ciasta lukrowane polecam polanie placka lukrem z soku z 1/2 cytryny i czubatej łyżki (do dwóch) cukru pudru.

wtorek, 28 grudnia 2010

Sałatka gyros i małe rybne co nieco

Dzisiaj w kuchni spędzam mnóstwo czasu. Trudne to troszeczkę gdyż od wczoraj boli mnie prawa pięta... chyba za dużo tupałam na Stefana ;(
Od dawna miałam ochotę zrobić potrawę Jamiego z ryżu i wędzonego dorsza. Jest to potrawa o pięknie brzmiącej nazwie Kedgeree. Zjadłam, smakowało mi, niestety Małżon gardzi i jak się okazało Córcia też ("lubię tylko biały ryż Mamuniu..."). Proporcje z racji nieposiadania niektórych rzeczy w lodówce lekko zmodyfikowałam.


KEDGEREE

1 jajko (w oryginale 2)
ok. 450 g wędzonego dorsza (usuwamy mu ości w miarę możliwości) (u Jamiego 700g)
2 liście laurowe
3/4 szkl. ryżu długoziarnistego
sól, pieprz
1/2 kostki masła
średnia cebula, drobno posiekana
drobno posiekany ząbek czosnku
czubata łyżka curry w proszku ( w oryginale 2)
1 cytryna (w oryginale 2)
garść świeżej kolendry (w oryginale 2)

Jajko gotujemy na twardo, studzimy i odstawiamy. Filety z ryby wraz z liśćmi laurowymi wkładamy do garnka, zalewamy wodą i gotujemy 5 minut. Wyjmujemy z wody, studzimy i zdejmujemy z niej skórkę, mięso dzielimy na części usuwając ew. ości. Obieramy jajko i kroimy je w kliniki.
W osolonej wodzie gotujemy ryż, ok. 10 minut, odcedzamy, przelewamy zimna wodą, znowu odcedzamy, wstawiamy do lodówki. W rondlu roztapiamy masło i podsmażamy na nim cebulę z czosnkiem pilnując by nie zmieniły koloru. Dodajemy curry, chwile podgrzewamy, wlewamy sok z połowy cytryny. Do rondla dodajemy rybę i ryż a gdy się ogrzeją dodajemy jajko i kolendrę. Mieszamy delikatnie. Podajemy z kawałkami pozostałej cytryny.



Za to znowu robiłam sałatkę. Kiedyś przyniesiona przez mą Czarną Psiapsiółę na imprezę, pożarta przez męża mego kochanego, zrobiła u nas w domu furorę. W te Święta zniknęła po prostu w przepastnym brzuchu ww a dziś pojawiła się znowu na specjalne życzenie Małżona oczywiście.

SAŁATKA GYROS

2 piersi z kurczaka (ok. 60 dag)
2 cebule
6 ogórków konserwowych
puszka kukurydzy
1/2 sporej kapusty pekińskiej
ketchup pikantny
majonez
przyprawa Gyros

Piersi kroimy w kostkę i posypujemy obficie przyprawą. Smażymy na oleju  na rumiano. Studzimy.
Cebule kroimy w kostkę, ogórki podobnie. Kukurydzę odcedzamy. Kapustę myjemy i szatkujemy.
W przezroczystej misce układamy następującymi warstwami licząc od dołu:

kurczak
ketchup
cebula
ogórki
majonez
kukurydza
ketchup
majonez
kapusta











poniedziałek, 27 grudnia 2010

Stefan poświąteczny i dojadanie resztek

Dziś kilka słów o Stefanie, gdyż nie gotujemy na razie dojadając świąteczne resztki.
Odrobaczony i z zapuszczonymi do uszu kroplami przeżył swoje pierwsze święta (nawet Mikołaj mu co nieco na ząb przyniósł...) A my razem z nim wkurzając się okropnie. Nieznośna to kocina gryząca kable od światełek i telefonu oraz atakująca znienacka... złośliwy, wielki już kocur... pozaciągane pazurami ubrania i poorane ciało, nawet pod spodniami to nasza norma. Mam nadzieję, że taki stan minie bo nie wytrzymam. Zniszczenia się szerzą.
A czasami to kotek mamrotek mój kochany. Przytulanka, spokojny taki, na kolankach, liże i ugniata. Nie wiem od czego to zależy ale ciężko cokolwiek robić, bawić się z Blondaskiem czy sprzątać. Atakuje odkurzacz, szczotkę do zamiatania. Włazi do zlewu, wanny i zwiesza się do muszli klozetowej... a potem wszędzie pełno łapek. Ehhh... kilka fotek z tych spokojnych chwil gdy nie latam za nim ze spryskiwaczem i kapciem :)

piątek, 24 grudnia 2010

Rock Mann i cynamonowe ciasto marchewkowe z niespodzianką

Mikołaj zawitał do nas dzisiaj w nocy. To taka nasza rodzinna tradycja związana z tym, że w Wigilie jeździmy do rodziny. Od rana delektujemy się prezentami jedząc świąteczne ciasta i inne smakowitości a dopiero potem ruszamy w drogę. Dzisiaj miałam poranek niespodzianek. Cztery pudełeczka na mnie czekały. Krem do rąk o zapachu róży, prawdziwe kakao Van Houten w cudownej puszce, relaksujące skarpetki i "Rock Mann" Wojciecha Manna, osoby, która mnie fascynuje i którą podziwiam pamiętając jeszcze z dzieciństwa z telewizyjnych programów takich jak "Non stop kolor". Każdego piątku czekam słuchając radiowej trójki na dowcipne audycje pełne niesamowitej muzyki.



Wyśmienite kakao na śniadanie komponowało mi się świetnie z cynamonowo marchewkowym ciastem pełnym orzechów włoskich. Przepis poznałam niedawno. Koleżanka z pracy przyniosła na imieniny a ja się zakochałam. No i w środku na każdego czeka niespodzianka...


CYNAMONOWE CIASTO MARCHEWKOWE Z NIESPODZIANKĄ

ciasto:
3 jajka
2 szkl. mąki
1 szkl. oleju
2 łyzki cynamonu
po 1 łyżeczce sody i proszku do pieczenia
3/4 szkl. cukru
3/4 szkl. orzechów włoskich
4 spore marchewki starte na drobnych oczkach (3 szklanki)

niespodzianka:
1 serek waniliowy np. taki z krówką
1 jajko
1/3 szkl cukru

Wszystkie sypkie składniki ciasta mieszamy. Dodajemy do nich olej, jajka, marchewkę i orzechy. Wszystko miksujemy. Składniki niespodzianki mieszamy dokładnie.
2/3 ciasta wylewamy do blachy wysmarowanej i wysypanej bułką tartą. Na wierzch wykładamy niespodziankę, rozporwadzamy ją po powierzchni ciasta. Na sam koniec wykładamy pozostała 1/3 ciasta.
Ciasto pieczemy ok. 55 minut w 180 st.C.


czwartek, 23 grudnia 2010

Ciasta, ciasteczka i garść Życzeń

Piekę i piekę, i końca nie widać. Wczoraj zrobiłam śledzie a dzisiaj upiekłam z zasmarkaną Córcią pierniczki, już sama rogaliki Wikingi, ciastka owsiane z żurawiną i orzechami oraz biała czekoladą, ciasto marchewkowe mocno cynamonowe. Zrobiłam też dwie sałatki, warzywną i gyros. Poza tym jutro będę pyrkotać kompot z suszu... już nie mogę doczekać się tego aromatu. Niewiele mi zostało do zrobienia. Pościel zmieniona, to co miało być nadprogramowo wyczyszczone zostało wykonane. Jutro tylko normalne codzienne sprzątanie :)

Małżon był dzisiaj na poczcie i odebrał moje dwie nagrody Candy. Prezentuję co następuje:
Anielica od Agaphci 


oraz zastaw wełny i uchwyty do torby oraz elementy do kolczyków od Crafttrioszki.


Jestem baaardzo szczęśliwa. Jeszcze raz dziękuję za wszystko.


W ubiegłe Święta na naszym stole zagościły niesamowite ciastka. Przepis zaczerpnęłam od Nigelli, z jej świątecznej książki. Chrupiące z wierzchu, lekko ciągnące w środku, obłędne połączenie smaków, i ten wygląd... nie ma jak czerwony, żurawinowy, bożonarodzeniowy akcent :)
Tak wyjątkowe, że już nie wyobrażam sobie bez nich Świąt! Pochłonęłyśmy już z Córcią po kilka... 


CIASTKA Z ŻURAWINĄ, ORZECHAMI I BIAŁĄ CZEKOLADĄ

150 g maki pszennej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
75 g płatków owsianych nie błyskawicznych
125 g masła
75 g ciemnego cukru trzcinowego
100 g cukru
1 jajko
1 łyżeczka cukru z wanilią
75 g suszonej żurawiny
50 g posiekanych grubo orzechów włoskich (w oryginale pekanów)
100 g białej czekolady, drobno pokrojonej ( w oryginale 150 g drażetek z białej czekolady)

Do miski odmierzamy mąkę, proszek, sól i płatki owsiane.
W drugiej misce, najlepiej mikserem, ucieramy masło z wszystkimi rodzajami cukru a następnie z jajkiem. Dodajemy po kolei: sypkie składniki, żurawinę, orzechy i czekoladę.
Piekarnik nagrzewamy do 170 st. C. Z ciasta lepimy kulki wielkości orzecha włoskiego. Układamy je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w sporych odległościach. Pieczemy ok.12 minut by były jasnozłote. Nim zdejmiemy je z blaszki czekamy 5 minut by ciastka stwardniały.


Z okazji Świat Bożego Narodzenia wszystkim czytającym i korzystającym z moich przepisów Życzę radości, szczęścia, zdrowia i spełnienia wszelkich marzeń. Rodzinnego biesiadowania, pięknych prezentów i atmosfery na jaką będziecie czekać z niecierpliwością do następnych Świat.

Pozdrawiam cieplutko.
Wiewióra
 

środa, 22 grudnia 2010

Śledzie w pomidorwach babci Hali

W mojej rodzinie właściwie jednymi śledziami jakie się jadło były takie, które robiła moja babcia od strony taty. Od niej nauczyła się je robić moja mama, a od mamy ja. Lekko słodkawe dzięki szklistej cebuli a jednocześnie kwaskowe gdyż dodaje się do nich koncentrat pomidorowy. W tym roku, jak co roku, zrobiłam dwa słoiczki tychże śledzi dla nas i dla teściowej. Babci korzenie to kresy wschodnie, podobne śledziki znalazłam w dziele "Rosja" Atlasu Kulinarnego Świata.


1 tacka śledzi w oleju
1 mały koncentrat pomidorowy
2 średnie cebule
2 ziela angielskie i 1 listek laurowy
olej do smażenia

Cebulę kroimy w piórka, śledzie odsączamy i kroimy w dzwonka. 
Na patelni rozgrzewamy olej i szklimy na nim cebulę wraz z zielem i listkiem. Kiedy cebula się zeszkli dodajemy koncentrat i mieszamy. Chwile pyrkoczemy, wyłączamy gaz. Kiedy masa przestygnie układamy w słoikach na przemian cebulę i dzwonka śledzia dociskając by masa dotarła do wszystkich kawałków ryby. Zakręcone słoiczki wkładamy do lodówki by wszystko się przegryzło. Najlepiej smakuję po dniu lub dwóch, może przetrwać w lodówce ponad tydzień.

niedziela, 19 grudnia 2010

Choinka, choinka... wesoła .... i bułki pszenno-orkiszowe z ziarnami

Obudziło mnie miauczenie kota i słodkie "mamusiu" z pokoju obok. Wstałam. Kot czekał tylko na wygłaskanie a córcia spała dalej. Przyjemny poranek z zapachem choinki, dekoracjami pięknie wyglądającymi w półmroku godziny 7ej. Bułeczki rosnące w misce, w sam raz będą na śniadanie. To chyba stało się już tradycją, niedzielny poranek i świeże bułeczki, para idealna. Dzisiaj bułki pszenno-orkiszowe z ziarnami. Oczywiście od Liski.

Wczorajszego popołudnia kupiliśmy i ubraliśmy choinkę. Nie tak wielką jak zazwyczaj ale zgrabną, gęstą, i tak 2 metrową. Blondaska tańczyła, śpiewała z radości sypiąc tekstami piosenek oraz wierszyków z przedszkola. Niesamowite uczucie cieszyć się szczęściem innej, tak bliskiej mi osoby. Dzielnie wieszała bombki i lametę. Oczywiście nie obyło się bez włożenia w jedną z bomb paluszka ale nic nikomu się nie stało. Stefan zaczepia drzewko i wypija mu wodę... ubaw po pachy. Jest cudnie. W oknach zawisły dekoracje własnej roboty. Jeszcze z moich czasów ceramicznych aniołki i gwiazdki oraz aktualne z fimo, wszędzie pełno małych, czerwonych jabłuszek...
Może te Święta nie będą takie złe??? jutro zaraz po pracy ruszam po prezenty, wyrwę się z domu i zrobi mi się lepiej, a od środy zaczynam kulinarne przygotowania.


PSZENNO-ORKISZOWE BUŁY Z ZIARNAMI

300 g mąki orkiszowej zwykłej (użyłam typ 630)
200 g mąki pszennej, u mnie zwykła
300 ml wody
1 łyżka miękkiego masła
20 g świeżych drożdży (lub łyżeczka suszonych)
opcjonalnie: 1 łyżeczka kminku
opcjonalnie: 1 łyżeczka mielonego lub drobno utłuczonego anyżu
1 łyżka miodu
1 łyżeczka soli
do posmarowania: 1 jajko rozbełtane z 1 łyżeczką śmietany, mleka lub wody
do posypania: sezam, pestki słonecznika i dyni, płatki soli, kminek, itp

Drożdże zasypujemy łyżeczką cukru. Wlewamy 3 łyżki letniej wody i odstawiamy na 10 minut, by drożdże "ruszyły". Następnie dodajemy pozostałe składniki, zagniatając gładkie ciasto.
Ciasto przekładamy do miski delikatnie posmarowanej olejem roślinnym, przykrywamy folią i odstawiamy w ciepłe miejsce na 1,5 h (u mnie godzina przy grzaniu żarówką w piekarniku)
Z wyrośniętego ciasta formujemy 14 małych bułeczek lub 9 dużych bułek. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy na 30 minut, by wyrosły.
Każdą z nich smarujemy jajkiem i posypujemy dodatkami.
Piekarnik nagrzewamy do 200 st C.
Pieczemy bułki 12-15 minut (większe pieką się dłużej, małym może to zająć 10-12 minut).

Chleb z wiewiórczego azylu = z San Francisco

Ciężko mi się ostatnio zabrać za jakiekolwiek gotowanie czy pieczenie. Święta się zbliżają i mnie przerażają choć plan na kolejne dni mam w zeszycie ułożony od jakiegoś już czasu. 
Wczoraj jednak postanowiłam wziąć się do "kupy" i upiec chleb. 
Ale cóż zrobić gdy na ogół zaczyn musi postać przynajmniej przez noc? otóż wystarczy poszukać :) Liska jak zwykle miała coś w Pracowni Wypieków no i się skusiłam... 
Na spółkę z koleżanką, w ramach wymiany domowych specjałów, zjadłyśmy wczoraj nie jedną pajdkę!


20 g świeżych drożdży
200 g mąki pszennej razowej
400 g mąki pszennej białej
1/2 łyżki cukru
2 łyżki octu balsamicznego (użyłam Aceto di Modena)
1 i 1/4 łyżeczki soli
220 g zakwasu żytniego
375 ml wody
do posmarowania: jajko wymieszane z 2 łyżkami mleka

Drożdże i cukier rozpuszczamy w wodzie i odstawiamy na 15 min.
Następnie dodajemy do niego 375 g mąki białej, zakwas, sól i ocet. Mieszamy (u mnie robiła to córcia), przykrywamy i odstawiamy do czasu aż podwoi swoją objętość, tj ok. 30 min.
Dodajemy pozostałą mąkę i zagniatamy luźne ciasto. Wlewamy je do dwóch keksówek lub formy kwadratowej o boku 24 cm (u mnie jedna wielka keksówa) i odstawiamy by wyrosło, u mnie zajęło to ok. godziny. Smarujemy jajkiem.
Piekarnik nagrzewamy do temp. 230 st.C. Kiedy się nagrzeje, wstawiamy chleb i pieczemy 10 minut.
Następnie zmniejszamy temperaturę do 200 st.C i pieczemy kolejne 35 min.

piątek, 17 grudnia 2010

Znowu piątek

Nie będzie dzisiaj kulinarnie. Od rana walczę z histeryczna córcią i wściekającym się kotem. Szał jakiś. Słoneczko dzisiaj świeci. Mróz siarczysty za oknem, niby optymistycznie ale...
Wczoraj próbowałam zamówić domową wizytę lekarza dla córci. Cały dzień miała okropne rozwolnienie, męczyła się i marudziła. Przestraszyłam się, bo kobitka zapisująca zaczęła mówić mi o odwodnieniu... że na pewno dziecko jest odwodnione po takim czasie chorowania... że lekarz na wizycie i tak nic nie pomoże...
Umówiłam się więc do lekarza na dzisiaj na 8mą. Lekarka dodała do zestawu leków Nifuroksazyd. I tu zaczęło się piekło. Po powrocie do domu próbowałam po dobroci, próbowałam na siłę i nie udało się nawet gdy dodałam do jedzenia. Zostałam opluta a Blondyneczka wpadła w taką histerię, że nadal się uspokaja. W końcu przeciwko zaleceniom dodałam go do soku marchewkowego i poszło... ufff ...
Na dodatek kot lata, skacze w powietrzu i na moje plecy wpijając się pazurami, i do wanny, i do doniczki na stole, i dokończył po Córci naleśnika, zaliczył też osuszacz do naczyń (pełny!!!)... Zwariuję.
A oto dowody :)
Nie ma jak higiena.


Dobrze, że córcia już ze skarpetek grzechoczących wyrosła... bo on nie odda bez walki...


Na pocieszenie wygrałam ostatnio dwa Candy :) jutro wreszcie, po tygodniu, z poczty odbiorę jedną paczkę a na drugą będę cierpliwie czekała bo aż z UK ma przybyć :) o tym co i od kogo napiszę i pokażę jak już dostanę w swoje łapy ;)

Także na pocieszenie bardzo możliwe, że będę miała dodatkową pracę i wreszcie choć ociupinkę wyjdziemy na prostą... i może będzie mnie stać na kilka rzeczy... na kurs filcowania, na ceramikę, czy książkę Nigelli albo Olivera???  a może wreszcie kupię sobie nową (pierwszą od 5 lat) czapkę?
Idę układać puzzle z moją histeryczką kochaną. A na obiad znowu naleśniki.

środa, 15 grudnia 2010

Kolacja dla Małżona czyli Kapusta z grzybami i innymi dodatkami oraz ciasto pomarańczowe

Nie mam pomysłów na to co dla Małżona gotować tak by mu smakowało. Kapustę lubi więc postanowiłam pierwszy raz w życiu zrobić coś na kształt bigosu. Nie chcę absolutnie rywalizować z bigosem wzorcowym czyli teściowej ale mi bardzo efekt końcowy odpowiada. Wszystkie składniki miałam w domu i może też stąd ten pomysł a na deser ciasto pomarańczowe.


KAPUSTA Z GRZYBAMI I INNYMI DODATKAMI

350 g kapusty kiszonej (z marchewką) przepłukanej pod wodą
solidna garść suszonych grzybów
mała cebulka pokrojona w piórka
3 suszone śliwki drobno pokrojone
100 ml wina (u mnie półwytrawnego, różowego)
1 listek laurowy, 2 ziela angielskie, 1/2 łyżeczki kminku
sól, pieprz
2 łyżki oleju
200 ml wody
opcjonalnie: 100 g wędzonego boczku pokrojonego w kostkę

Grzyby płuczemy porządnie w wodzie, zalewamy szklanką wrzątku i pod przykryciem moczymy ok. godzimy. Po tym czasie wyjmujemy je do miseczki wraz z wywarem tak by to co mętne na dnie zostało w garnuszku. Zanieczyszczenia wylewamy, garnuszek płuczemy i wkładamy do niego z powrotem grzyby z wywarem. Gotujemy ok. 40 minut aż do wyparowania płynu i miękkości grzybów.
Kapustę wkładamy do garnka wraz z 1 łyżką oleju, 100 ml wody i przyprawami. Przykrywamy i dusimy mieszając od czasu do czasu ok. 30 minut.
Na patelni podsmażamy cebulkę i ew.boczek. Dodajemy je do kapusty razem ze śliwkami oraz posiekanymi grzybami. Podlewamy winem. Dusimy pod przykryciem ok. 45 minut do godziny. Należy często mieszać by kapusta się nie przypaliła. Jeśli zachodzi taka potrzeba należy podlać wodą i doprawić sola oraz pieprzem.


To ciasto intensywnie pomarańczowe "chodziło" za mną już od jakiegoś czasu. W weekend zakupiłam cytrusy a dzisiaj korzystając z lepszego samopoczucia córci i grzeczności kota postanowiłam je upiec. Mam nadzieję, że będzie bardzo aromatyczne i zasmakuje nie tylko mi. A przy okazji wypróbuję moją nową wypasioną keksówkę.


CIASTO POMARAŃCZOWE Z CYTRUSOWYM LUKREM

2 pomarańcze
1 cytryna
175g jasnobrązowego cukru (u mnie pół na pół zwykły i trzcinowy)
175g niesolonego masła, plus ekstra do formy (u mnie masło roślinne)
175 g mąki pszennej
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
3 jajka
100g cukru pudru

Wyszorowane w ciepłej wodzie pomarańcze obieramy ze skórki, którą następnie kroimy w cieniutkie paski. Z pomarańczy i cytrusów wyciskamy sok (łyżkę płynu odstawiamy na bok). Wlewamy sok do rondelka, dodajemy skórkę i ok.100 ml wody. Następnie dodajemy 50 g cukru i na małym ogniu gotujemy powoli skórki aż do niemal zupełnego wyparowania wody. Skórki powinny zrobić się szkliste, a z wody i cukru powinna powstać odrobina bardzo gęstego syropu. Gotowanie u mnie trwało ok.45 minut, należy pamiętać, by co jakiś czas mieszać skórki.
W międzyczasie mieszamy mikserem pozostały cukier, masło, proszek do pieczenia, mąkę i jajka. Następnie dodajemy przestudzone skórki. Przelewamy masę do okrągłej foremki (22 cm) lub dużej keksówki i pieczemy w 180 st. C. przez od 35 minut.
Przygotowujemy lukier: mieszamy 5 łyżek cukru pudru z łyżką soku cytrusowego i gdy ciasto będzie się studzić na kratce, rozsmarowujemy lukier na jego powierzchni.



I na koniec paski na paskach czyli Stefan na fotelu :)

Już dużo lepiej

Noc była dobra, przespana, raz tylko musiałam wstać do Córci gdyż zawołała na siusiu. Apetyt jej powrócił no i wymiotów już nie ma. Kupka rzadka ale coraz mniej więc idzie ku lepszemu.
Wczoraj odważyłam się podać Blondasowi kurczaka w krakersach z ziemniakami. Jako że nie smażony tylko pieczony i prawie bez przypraw wcale nie zaszkodził. Dzisiaj była powtórka. Córci smakował bardzo. Co najlepsze Małżonowi też tyle, że po małym tuningu. Odsmażony, posypany obficie papryką, pieprzem i solą, chrupiący. Wujaszkowi Olkowi też taka wariacja smakowała i nawet zapytał o przepis.
Dzisiaj dokończyłam to co wczoraj z Blondaskiem lepiłyśmy. Zapraszam do obejrzenia tutaj.

wtorek, 14 grudnia 2010

Pierniczki w prezencie

W ferworze walki z wymiotami i biegunką Blondaski zapomniałam przedstawić na blogu pierniczków. Dostałam je w prezencie od Blond Psiapsióły. Niestety zostały mi tylko dwa gdyż resztę pochłonęłam... nie ma u mnie leżakowania szczególnie kiedy pierniczki są inne niż moje i wyraźnie czuć w nich kakao. Nie ma jak kawa na drugie śniadanie w towarzystwie wielkiego piernika kakaowego :) oczywiście te malutkie to mojego autorstwa :)

 
Znalazłam też nareszcie czas by napisać co tam z moja Córcią. Byliśmy u lekarza i Pani doktor stwierdziła infekcję. Do końca tygodnia siedzimy w domu. Pani powiedziała, że dopóki jest biegunka nie ma mowy o wychodzeniu gdyż Blondas może być wówczas nosicielem zarazków i kogoś zarazić. Tak więc cierpliwie znoszę wymioty (trzeci już dzień), marudzenie i latanie z nocnikiem. Gotuję kaszkę jak dla małych dzieci. Bawię się ciastoliną i fimo (niedługo pokażę co nowego ulepiłam), oraz czytam książeczki, buduję z klocków i cierpię katusze martwiąc się o moją kruszynkę. Małżon zaopatruje mnie w czekoladę na poprawę nastroju ale i tak na niewiele się to zdaje bom strasznie zdołowana i zmęczona.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Krakersowy kurczak i Maczeta

Wspominałam już o kurczaku w krakersach. Był niewypałem jeśli chodzi o gust Małżona. Mi smakował choć może nie zachwycił. Dziś miałam powtórkę gdyż zrobiłam go z 4 piersi. Podałam do niego surówkę z kapusty pekińskiej i pora. Dla mnie zestawienie idealne.
Przepis znalazłam Na Grabinie.


KURCZAK W KRAKERSACH

4 piersi kurczaka
1 duży jogurt naturalny
opakowanie krakersów
sól, pieprz - do smaku

Kurczaka kroimy na drobne kawałki i zalewamy jogurtem na ok. godzinę (może być dłużej). Dodajemy nieco soli i pieprzu.
Piekarnik nagrzewamy do 180 st.
Kawałki mięsa obtaczamy w pokruszonych krakersach.
Pieczemy do zrumienienia u mnie ok. 35 minut.


Wieczorem odwiedził nas agent Machete. Tytułowa postać filmu genialnego reżysera Roberta Rodrigueza.
Jak zwykle krew się lała strumieniami, powalały inteligentne teksty i poczucie humoru. Na dokładkę zszokowała mnie obsada: Danny Trejo, Steven Seagal, Michelle Rodriguez, Cheech Marin, Lindsay Lohan, Don Johnson, Jessica Alba, Robert De Niro. Jeśli ktoś gromadzi takich aktorów nie może nakręcić złego filmu. Momentami film mnie bawił, chwilami trzymał w napięciu. Był świetny i nawet na sekundę nie znudził.
Dla mnie najlepszą sceną była to gdzie Sieć rusza do ataku kolorowymi i skaczącymi brykami w stylu usa gangsta. Jak ktoś obejrzy będzie wiedział o co mi chodzi. Zdecydowanie polecam.


Piekąca niedziela

Oj napiekłam się tej niedzieli. Od rana bułeczki, dwa chleby, kurczak a na koniec baba. Jeden chleb miał być na zamówienie ale niestety nie było mi dane go dostarczyć. W piątek wieczorem Blondasek miał troszkę temperatury ale sobota była już ok. Niestety wczoraj rano zwymiotowała, myślałam, że za sprawą ogórka i pomidora ze skórką, cały dzień była jakaś ospała, pokasływała, nie chciała jeść, wcześnie zasnęła a o 23ej obudził mnie odgłos wymiotowania. Balowałyśmy tak do 1.20 w nocy. Spałam z malutką śniąc o jakiś krztuścach i budząc się co chwilę. Dotrwałyśmy do rana. Od 7ej próbowałam umówić się do pediatry. Porażka jakaś. Wreszcie udało się na 19.40 prywatnie. Niunia zwinięta w kłębuszek na fotelu ogląda "Misia Kudłatka" a ja tylko picie jej donoszę. Stefan świrkuje korzystając z naszej obecności już trzeci dzień. Biega mi po szafkach, półkach i włazi wszędzie. Nie słucha się zupełnie bałaganiąc i psocąc. Z przerażeniem myślę o obecności choinki w naszym domu...

A oto mój Filonek Bezogonek chwilę po wypadku.



Babkę herbacianą odkryłam jakieś 7 lat temu, gdzieś w internecie, kiedy odnalazłam w sobie potrzebę kulinarnych realizacji. Moja mama mówiła o niej "ratująca życie i dająca energię". Delikatnie cytrynowa, apetycznie brązowa i pełna rodzynek a na dodatek bardzo łatwa w wykonaniu. Po prostu znika z talerzyków. Wczoraj kiedy kurczak na tyle nie smakował Małżonowi, że nie zjadł nawet kawałka poprosiłam by powiedział co z mojego repertuaru mu jednak smakuje i właśnie wtedy przypomniałam sobie o tej babie.


BABKA HERBACIANA

25 dag mąki
10 dag cukru
8 dag masła roślinnego lub margaryny
2 żółtka
1 szkl. mocnej herbaty
8 dag rodzynek
1 łyżeczka sody
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki otartej skórki z cytryny
szczypta soli
lukier:
cukier puder - 3 czubate łyżki
sok z cytryny -1 łyżka

Rodzynki myjemy, wkładamy do garnuszka z herbatą i gotujemy 5 minut.
Masło ucieramy z cukrem, dodajemy żółtka, skórkę otartą z cytryny, mąkę wymieszaną ze szczyptą soli, sodą i proszkiem do pieczenia. Do powstałej masy wlewamy stopniowo przestudzoną herbatę. Na koniec dodajemy rodzynki i lekko mieszamy. Ciasto przekładamy do babkowej formy wysmarowanej masłem i posypanej bułką tartą.
Pieczemy 45 minut w piekarniku nagrzanym do 180 C. Jeszcze ciepłą babkę polewamy lukrem cytrynowym.



Zaintrygowały mnie ostatnio bułeczki Liski. Ziołowe z chrzanem. Postanowiłam je wczoraj upiec na niedzielne śniadanie. Smakowały całej rodzinie a dzisiaj zjadłam jedną podgrzaną w tosterze, z białym serem i miodem... Bajka!!!


PSZENNE BUŁKI Z CHRZANEM I ZIOŁAMI

20 g świeżych drożdży
1 łyżeczka cukru
150 ml ciepłej wody
350 g mąki pszennej
60 g miękkiego białego sera (dowolnego, może to być też serek wiejski, kozi, itp)
40 g miękkiego masła
1,5 łyżeczki chrzanu
1 łyżeczka soli
1 łyżka posiekanych świeżych ziół (dowolnych, ja użyłam tymianku)

Drożdże zasypujemy łyżeczką cukru, dodajemy 3 łyżki wody i odstawiamy na 10 minut.
Kiedy "ruszą", dodajemy resztę wody i pozostałe składniki. Zagniatamy ciasto - będzie gładkie i lśniące. Można to zrobić mikserem, ugniatając ciasto hakiem ok. 5-6 minut.
Z ciasta formujemy kulę i przekładamy ją do miski. Przykrywamy folią i odstawiamy do wyrastania na 1-1,5 h. Ciasto powinno podwoić objętość.
Wyrośnięte ciasto dzielimy na 8-9 części i z każdej uformować okrągłą bułeczkę. Układamy bułeczki na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrastania na ok. 30-40 minut.
Wyrośnięte bułeczki smarujemy wodą (ok. 1/4 szklanki) wymieszaną z cukrem pudrem (1 łyżeczka).
Piekarnik nagrzewamy do 200 st C. Wstawiamy wyrośnięte bułeczki do gorącego piekarnika. Pieczemy bułki ok.16.

sobota, 11 grudnia 2010

Straszna sobota

Nie wiem czemu ale dzisiejszy dzień miał być miły, tak się zresztą zaczął, ale taki nie jest. Mam już za sobą sprzątanie, zrzucenie i totalne rozwalenie przez kota doniczki z lodówki, a także histerię Córci oraz obcięcie sobie przez Stefana czubka ogona... pokrywką od garnka made in ikea... nie wiedziałam co robić, zabandażować przecież ogona się nie da, nawet próbowałam, Małżon w pracy a wszędzie od nas daleko, szczególnie w weekend, więc do weta się sama nie wybiorę. Zadzwoniłam więc do koleżanki i poradziła mi zostawienie kota w spokoju, żeby mu się strupek. Mam nadzieję, że Stefan mi się nie wykrwawi... ani nic innego mu się nie stanie... śpi sobie teraz w łazience. Dobrze, że już nie lata jak szalony bo krew miałam nachlapaną na całej podłodze kuchennej.
Strasznie jestem zdenerwowana...

piątek, 10 grudnia 2010

Świąteczna tarta z kapustą, grzybami i śliwkami a na deser Stefan

Święta za dwa tygodnie. Niezbyt czuję ich atmosferę... prezenty nadal tylko w sklepach, pomysłów na potrawy mam kilka ale jak na razie nie mam całkiem siły na przygotowania. Nawet pierniczki nie pomogły... Dobrze, że chociaż porządki w kuchni robiłam nie tak dawno więc teraz mogę je sobie odpuścić. 
Próbując się uświątecznić upiekłam wczoraj magiczną tartę. Jest to potrawa niezwykła, niebanalna a przede wszystkim obłędnie pyszna. Aromat kapusty, grzybów i drożdżowego ciasta a na dokładkę słodycz śliwki. Zdecydowanie do powtórzenia. Dzięki niej mam już w sobie cząsteczkę klimatu bożonarodzeniowego!!! Przepis podaje za Anną z malutkimi zmianami w proporcjach.


Składniki na farsz:
30 g suszonych grzybów (borowików lub podgrzybków)
700 g kiszonej kapusty (z tartą marchewką)
6 łyżek oliwy z oliwek
2 liście laurowe i 3 ziela angielskie
1 łyżeczka kminku
150 g suszonych śliwek
1 cebula, pokrojona w drobną kosteczkę
sól i świeżo zmielony czarny pieprz

Składniki na ciasto:
200 g mąki pszennej
60 g masła, roztopionego
1 jajko
25 g świeżych drożdży
1/2 łyżeczki soli morskiej

Grzyby płuczemy i zalewamy 1 szklanką wody, odstawiamy na minimum 2 godziny. Wyjmujemy grzyby z wywaru, wywar delikatnie przelewamy do innego naczynia, pozbywając się zanieczyszczeń zgromadzonych na dnie. Umieszczamy grzyby i wywar w rondelku, zagotowujemy. Gotujemy przez około 30 - 40 minut, aż grzyby będą miękkie i cała woda wyparuje. Po ostudzeniu siekamy je na mniejsze kawałki, solimy i przekładamy do większej miski.
Kapustę płuczemy na sicie (jeśli jest bardzo kwaśna), odciskamy. Wkładamy do garnka z 3 łyżkami oliwy z oliwek, liśćmi laurowymi, zielem angielskim, kminkiem oraz z 1 szklanką wody. Doprawiamy solą i gotujemy pod przykryciem, mieszając co jakiś czas przez około 1 godzinę, aż kapusta będzie miękka. Studzimy, usuwamy liście laurowe i ziela angielskie, siekamy. Dodajemy do miski z grzybami.
Śliwki kroimy na kawałki i przekładamy do miski z kapustą i grzybami. Jeśli śliwki są bardzo twarde, można je wcześniej namoczyć.
Na patelni, na pozostałych 3 łyżkach oliwy szklimy cebulę (przez około 10 minut), nie rumieniąc. Dodajemy do miski z grzybami, kapustą i śliwkami. Całość doprawiamy świeżo zmielonym czarnym pieprzem i ewentualnie solą, bardzo delikatnie mieszamy.
Ciasto: Wysoką formę na tartę lub tortownicę smarujemy oliwą z oliwek. Mąkę przesiewamy do miski, dodajemy roztopione masło, jajko, sól, drożdże. Wyrabiamy ciasto, dodając w razie potrzeby kilka łyżek ciepłej wody (ja dałam 6 łyżek). Ciasto wygniatamy przez 15 minut (ja użyłam mieszadła miksera). Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.
Odkładamy 1/4 ciasta, a resztę rozwałkowujemy na placek, wykładamy nim spód i boki formy. Nakładamy farsz z kapusty, grzybów i śliwek. Z odłożonej część ciasta robimy wałeczki, które układamy na wierzchu tarty. Tartę wstawiamy na kratkę w nagrzanym piekarniku i pieczemy przez 30 minut na lekko złoty kolor.


A na deser proponuję moja niedobrzycę, piecucha zwanego Stefanem.

czwartek, 9 grudnia 2010

Sałatka z selera marynowanego

Selera korzeniowego lubię choć niezbyt namiętnie, za to tegoż selera ale w wersji marynowanej uwielbiam. Prawie nie czuję, iż jest selerem no i ma w sobie to coś. Sałatki z nim w roli głównej jadłam różne ale ta odpowiada mi najbardziej. Odkryłam ją dzięki Pannie Malwinie.

 
słoiczek marynowanego selera
200 gram szynki drobiowej
4 plastry ananasa
6 kopiastych łyżek kukurydzy
100 g marynowanej czerwonej papryki
pieprz, sól do smaku
majonez (u mnie 2 łyżki)

Selera odsączamy, kroimy w mniejsze kawałki. Dodajemy kukurydzę, szynkę i paprykę pokrojone w kostkę, kawałki ananasa. Delikatnie pieprzymy i mieszamy z majonezem.Ewentualnie dosalamy.

środa, 8 grudnia 2010

Stefan

Nie mam ostatnio na nic czasu. Gotować będę jutro (a dokładnie piec tartę...), dzisiaj i wczoraj piekłam chleby. Poza tym dokończyłam moje fimo wytwory. Zapraszam do oglądania tutaj.

Ostatnio Panna Malwina prosiła o Stefana... urwis z niego straszny ale eksmisji nie planujemy :)
Na razie to tyle bom strasznie zagoniona.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Kurczak z migdałami

Bardzo lubię orzechowo-kurczakowe połączenia więc czemu nie miałabym zrobić kurczaka z migdałami? poszperałam szukając różnych inspiracji i wreszcie w stosie netowych karteluszek znalazłam. Ogólny zarys a proporcje i wykonanie moje i tylko moje :) lekkie chrupanie, średnie pieczenie i silne doznania nosowo gębowe czyli Wiewiórowy kurczak z migdałami.


2 pojedyncze piersi z kurczaka pokrojone w paski
1 czerwona papryka pokrojona w paski
garść obranych migdałów
1 ząbek czosnku pokrojony w plasterki
1 cebula pokrojona w piórka
2 cm  kawałek imbiru, obrany i pokrojony w kosteczkę
1/2 papryczki chili, zielone, pokrojone w talarki
garść kiełków - u mnie soczewicy i fasoli mun
3 łyżki sosu sojowego
1/4 łyżeczki ostrego sosu chili
sól, pieprz
olej do smażenia

Na patelni rozgrzewamy olej. Wrzucamy czosnek i migdały, smażymy do zbrązowienia (trzeba uważać by nie przypalić). Zdejmujemy je z patelni, dokładamy kurczaka, solimy, pieprzymy i smażymy wraz z cebulą, imbirem i chili. Gdy kurczak jest zrumieniony dodajemy paprykę, kiełki, usmażony czosnek i migdały, i jeszcze chwilę smażymy. Na koniec doprawiamy sosem sojowym i chili. Podajemy z ryżem.

Ogłaszam też zabawę. Proponuję zgromadzenie przepisów na potrawy, w których zostały użyte kiełki rożnych warzyw a także świeże zioła czyli to co zimową porą możemy mieć u siebie w domach zawsze, prosto z doniczki, witaminowo i zdrowo. Przepisy możecie dodawać na Durszlaku lub zostawiać mi linki pod tym postem. Zapraszam do akcji.

Przyłącz się do tej akcji!

niedziela, 5 grudnia 2010

Mój najpiękniejszy chleb... Żytnio-orkiszowy.

 Popełniłam kolejny chleb. Nie z blaszki, orkiszowy, wilgotny i z chrupiącą skórką. Bochen jak się patrzy. To było wczoraj i dzięki temu mieliśmy wspaniałe prawdziwie rodzinne śniadanie... przy małym córciowym stoliku ale wspólne. Co więcej dziś znowu go piekę, tym razem na zamówienie. Przepis cytuję za Liską.



100 g zakwasu żytniego
200 g mąki orkiszowej z pełnego przemiału
100 g wody

Wszystkie składniki mieszamy w misce, przykrywamy folią i odstawiamy na 12 godzin.

Następnie dodajemy:
100 g mąki żytniej chlebowej typ 720 (jeśli używamy razowej, należy zwiększyć ilość wody do 250 g)
400 g mąki pszennej
230 g wody
1 łyżeczka miodu
10 g świeżych drożdży (lub 1 łyżeczka suszonych)
1,5 łyżeczki soli

Ciasto można wyrobić mikserem albo ręcznie. Jego konsystencja jest zdecydowanie zwarta. Formujemy kulę, przekładamy ją do miski delikatnie posmarowanej oliwą lub olejem. Przykrywamy folią i odstawiamy do wyrastania na 1-1,5 godziny. Ciasto powinno wyraźnie powiększyć swoją objętość.
Z wyrośniętego ciasta formujemy bochenek (okrągły, podłużny) i przekładamy do koszyka oprószonego mąką (lub durszlaka wyłożonego ściereczką oprószoną mąką).
Odstawiamy do wyrastania na ok. 30-45 minut. Tym razem ciasto powinno rosnąć zdecydowanie szybciej.
W tym czasie rozgrzewamy piekarnik  do 230 st C  z blachą wyłożoną papierem do pieczenia.
Wyrośnięty chleb jednym ruchem przekładamy do piekarnika na gorącą blachę.
Ścianki piekarnika spryskujemy wodą.
Pieczemy ok. 20-30 minut, po 10 minutach zmniejszając temperaturę do 210 st C. Chleb powinien być rumiany, a popukany od spodu, wydawać głuchy dźwięk.
Po upieczeniu ostudzić na kuchennej kratce. Kroić dopiero po całkowitym ostygnięciu.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...