Są takie dni...

... kiedy powinno się tylko leniuchować zostawiając wszelkie pichcenie, pieczenie innym. Dziś jest taki dzień.
Od rana zajmowałam się sobą delektując się dobrym humorem Córci, Małżonem, ciepłą kąpielą z truskawkową pianką i mandarynkowym peelingiem, wspomnieniem dawno niesłyszanej muzyki (Black Sabbath... moja miłość z samych początków rockowej fascynacji...).
Obiad przygotowałam idąc za ciosem dobrego samopoczucia a potem...

... zachciało mi się słodkiego. Cóż apetyt wrócił mi odrobinę choć nie w takim stopniu jak przed czwartkiem. Uzgodniliśmy na naradzie rodzinnej przygotowanie budyniu, muffinek cappuccino z czekoladą, oraz już kolacyjnie bułeczek.

Zanim zabrałam się za gotowanie oczywiście musiałam zająć się zmywarką oraz przygotowaniem obiadku dla Małżona na jutro i tu pierwsze ALE. Otóż w ferworze miłej niedzieli zrobiłam pyszne Zawijasy z boczkiem i śliwką. Zjedliśmy je ze smakiem tylko pewna ruda głowa zapomniała o zrobieniu zdjęć!!! dlatego też jeśli przepis się pojawi to albo kiedyś albo bez fotki.

Druga "przygoda" dotyczyła budyniu. Nie chciał zgęstnieć, na szczęście zrobił to choć z opóźnieniem.
Z muffinkami nie poszło już tak łatwo. Wymieszałam wszystkie składniki, wyjęłam papilotki i okazało się, że mam ich za mało, sąsiedzi nie mieli więc zapakowałam więcej ciasta do tych, które miałam i prawie włożyłam blaszkę do piekarnika... Na szczęście uprzytomniłam sobie, że nie dodałam do nich proszku do pieczenia!!! byłby zakalec. Wściekłość z bezradnością mną wstrząsnęła. Małżon na szczęście i w takich sytuacjach bywa oparciem. Wziął miskę i z papilotek ciasto powygrzebywał. Dodałam proszek, łyżką nałożyłam ciasto do foremki wyłożonej pociętym papierem do pieczenia i wreszcie znalazło się w piecyku. Po 25 minutach wyjęłam piękne, rumiane ciastka ALE w czasie oczekiwania na słodkości zajęłam się ciastem na bułki. Ehhh, nie wiadomo czemu było strasznie rzadkie a potem powtórnie przeczytałam przepis. No i okazało się, że zamiast 3/4 szklanki dodałam 300 ml mleka :)
Zaczęło się dosypywanie mąki i w końcu ciasto zaczęło przypominać to właściwe, a na koniec zmywając michy prawie umyłam tą z rosnącym ciastem!

No i powiedzcie sami czy nie lepiej czasem nic nie robić??? owszem bywa wesoło ale nerwów też sporo się zjada przy tym :) 
Tym optymistycznym akcentem kończę życząc miłego wieczora wszystkim czytającym.
Dzisiaj zapraszam na piosenkę a jutro na muffinki.



Komentarze

  1. Black Sabbath to również moje klimaty ;)
    Nie przejmuj się dzisiejszymi wypiekami... Bywają takie dni, że nawet wodę na herbatę można przypalić ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ech, widzę, że nie tylko u mnie dziś kiepsko...
    Mój kawałek Sabbathów to Heaven and Hell...

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj! Siła złego na jednego! To znak, że powinnaś leżeć i się byczyć, a małżon powinien poświęcić się i skakać koło księżniczki:) Tylko, że Ty jesteś z tych, co za długo nie posiedzą ani nie poleżą.
    Jeszcze trochę i wrócisz do kulinarnej i nie tylko formy. Daj znać, jakby wiesz co:) Codziennie blisko Was przejeżdżam i myślę o Was, bardzo myślę i bardzo mocno trzymam kciuki (i moja mama też, wiem, bo codziennie gadamy o Tobie).
    Dzielności i wytrwania!

    OdpowiedzUsuń
  4. hihihihi oj Wiewióreczko widze, ze mamy ze sobą więcej wspólnego niż sądziłam ;) łącznie z cierpliwymi Kochanymi Mężami ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Za wszystkie słówka od Was dziękuję :) a za weryfikacje przepraszam, spamerzy nie dają mi żyć :(

Zimowy pilaw z pęczaku - na wizji