Kuszący Pl. Wilsona i Kulki Kokosowe

O tym miejscu w Warszawie po raz pierwszy usłyszałam gdy miałam chłopaka z Łomianek i stamtąd odchodził autobus a potem to już nie była wyprawa nie wiadomo dokąd gdyż z Ursynowa przeprowadziłam się na całkiem inny koniec Warszawy, miałam bliżej no i budowano coraz dłuższe metro. Nie wspomnę o moim ceramicznym epizodzie z Ogrodem Sztuk mieszącym się nie daleko Pl. Wilsona.
Wczoraj wybrałyśmy się z Córcią do kina. Gdy szukałam jakiegoś sensownego seansu smerfowego okazało się, że jedyny na jaki miałam ochotę był w kinie WISŁA. To jedno z kin studyjnych jakie jeszcze istnieją na terenie Stolicy i muszę przyznać, że jedno z moich ulubionych zarówno ze względu na ceny jak i na kanapy, na których swobodnie można siedzieć we dwoje. No i "Smerfy" nie były tu 3D co ułatwiło sprawę oglądania z Blondasem.
Po filmie, na którym Córcia trochę się nudziła, trochę bawiła i odrobinę bała a przede wszystkim balowała przed pierwszym rządem bez butów i fajne było to, że nikomu to nie przeszkadzało gdyż sala pełna wcale nie była, po tymże właśnie filmie Córcia bardzo zgłodniała i jak tylko zobaczyła Małżona czekającego na nas przed kinem zarządziła wyjście do restauracji co w jej mniemaniu oznaczało zjadanie brzegów od pizzy :)

Niedaleko Placu znajduje się Pizzeria Restauracja PEPPERONI. Byliśmy tam pierwszy raz i od samego wejścia spodobało mi się to, że nie tylko my chcieliśmy zjeść tam z dzieckiem, i nie był to problem. Były kolorowanki i kanapy, na których swobodnie się czuliśmy wśród włochatych poduszek. Okazało się też, że serwują tam całkiem dobre jedzenie. Zamówiliśmy Bruschette z serem mozzarella i pomidorami oraz bazylią a także pizzę Primavera. Jedynie ceny były ciut za wysokie i było zbyt duszno mimo otwartych okien ale lokal zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Do rachunku dołączono dwie gumy do żucia i lizaka dla Blondaski.

Po zakupach w markecie, z pełnymi siatami wróciliśmy do domu gdzie zaczęłam knuć menu na dzisiejszy dzień i na następnych dni kilka. Dzisiaj dzień zaczęłam Kokosowymi Kulkami wprost z bloga CakeTime a będzie  potem jeszcze smaczniej gdyż mam zamiar upiec Lasagne. Zapraszam do degustacji :)


KULKI KOKOSOWE

40 g mąki pszennej
szczypta soli
225 g wiórków kokosowych
175 ml mleka skondensowanego słodzonego
kilka kropli aromatu waniliowego

Piekarnik nagrzewamy do 180 st.C. Dużą blachę wykładamy papierem do pieczenia. Mąkę, sól oraz wiórki kokosowe mieszamy w misce. Wlewamy mleko skondensowane, dodajemy wanilię i wszystko dokładnie łączymy, aż do otrzymania gęstej masy. Formujemy nieduże kulki (najlepiej moczyć odrobinę dłonie w wodzie i mocno ściskać masę) i układamy je na blaszce tak, aby się nie dotykały. Pieczemy około 12 minut, do otrzymania lekko złocistego koloru.

Ach i zapomniałam o jednym szczególe... w każdej kulce czai się niespodzianka... jaka można się domyślić patrząc na zdjęcie. Wiecie???


Komentarze

  1. Takie kulki to słodki początek dobrego dnia.
    Pycha!

    OdpowiedzUsuń
  2. witam koleżankę - warszawiankę :-) kuleczki już mnie zaciekawiły i czekam na inne, równie smakowite wpisy, pozdrawiam, Pyza

    OdpowiedzUsuń
  3. chciałabym kiedyś lepiej poznac to miasto.
    i kulki takie ładne zjeśc :-)))

    OdpowiedzUsuń
  4. No to lecę po bilety i nadciągam na degustację, już same kulki wynagrodzą trudy podróży, a co dopiero reszta. Do zabeczenia;-).

    OdpowiedzUsuń
  5. A jednak Smerfy zaliczone? Rozbawiłaś mnie tym zjadaniem brzegów pizzy:-) Skąd ja to znam... Kulki wyglądaja baaaardzo kokosowo, a że kokos lubię bardzo to chyba sie skuszę:-) Miłej niedzieli:-)

    OdpowiedzUsuń
  6. z chęcią bym spróbowała, dawno nie jadłam nic kokosowego!

    OdpowiedzUsuń
  7. W poprzednim tygodniu zgrzeszyłam kulinarnie i poprawiłam wszystko hindusem na nowogrodzkiej, oj, boli trochę;( Teraz znów będę grzeczna i będę pilnować diety.
    Na targach w końcu byłam, kupiłam, ale cen nie kojarzę, bo tu brutto, tam netto, muszę sprawdzić paragony i dam znać.
    Szef się objawił smsem, o!

    OdpowiedzUsuń
  8. Ech - kino Wisła i Plac Wilsona - też mam do nich nie lada sentyment! W Pizzerii Pepperoni nigdy nie byłam, ale jeśli znajdę się w tej części Warszawy - będę o niej pamiętać!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Za wszystkie słówka od Was dziękuję :) a za weryfikacje przepraszam, spamerzy nie dają mi żyć :(

Zimowy pilaw z pęczaku - na wizji